piątek, 1 marca 2013

XIX - Trudne początki, cz.II


        Bean skończył swoje zajęcia późnym wieczorem. Wyczerpany zarówno fizycznie jak i psychicznie, marzył jedynie o orzeźwiającym prysznicu i ciepłym, przytulnym łóżku.
        Pokonując wielki, psuty hol dotarł do rozwidlenia korytarzy prowadzących do kwater kadetów. Nagle przystanął, wpatrując się w ciemność z poirytowaną miną.
        Jakim prawem on niby myśli o przytulnym łóżku, skoro nawet nie wie, który numer ma jego kwatera?!
        - Cholerny głupek - warknął sam do siebie. Oczywiście musiał znów iść po pomoc do Janet... nie miał innego pomysłu. Lepsze to, niż łażenie bez celu po nieznajomych mieszkaniach i wypytywanie się.

        Stał przez chwilę przed jej drzwiami z uniesioną dłonią, jakby niepewny czy zapukać, czy odejść. Sądził, co prawda, że dziewczyna mu pomoże, ale... jeśli się mylił? Co, jeśli będzie taka jak rankiem i nie zechce mu pomóc, a co gorsza zdenerwuje się, że zawraca jej głowę?
        „Raz kozie śmierć“
        Opuścił dłoń i zapukał kilka razy.
        Drzwi otworzyła mu Janet. Była wyraźnie zaskoczona jego wizytą o tak późnej porze, ale nie wydawała się zła. Miała na sobie obcisły liliowy t-shirt i jeansowe, jasne szorty. Włosy były rozpuszczone i w lekkim nieładzie, jakby właśnie została wyciągnięta z łóżka.
        - Bean... - powiedziała cicho. - Co tu robisz?
        Chłopak potarł dłonią kark lekko zakłopotany.
        - Wiem że przychodzę w nieodpowiedniej porze, ale... właśnie skończyłem zajęcia i chciałem iść do przydzielonego mi „mieszkania“... pomyślałem, że może ty byś wiedziała, gdzie... ono jest.
        Dziewczyna spojrzała na niego tępym wzorkiem,a  potem się roześmiała.
        - Spójrz na swój grafik - poleciła.
        Wyciągnął z kieszeni pomięty papier.
        - I co?
        - Numerek w rogu kartki - wskazała palcem - To numer twojej kwatery.
        - Ach tak... - pokiwał głową, prawie cały czerwony ze wstydu. - I jeszcze jedno: zdaje się, że zostawiłem u ciebie swój miecz.
        - Naprawdę? Zaraz go poszukam - powiedziała odwracając się do niego plecami. Rozejrzała się po pokoju, aż natknęła na coś wzrokiem. Przykucnęła przy sofie i sięgnęła rękę. Wyciągnęła zza niej miecz, spoczywający w ciemnym, skórzanym futerale.
        - Łap! - krzyknęła rzucając mu miecz.
        Bean schował niedawną zgubę przy pasie.
        - Dzięki... i przepraszam, jeśli cię obudziłem. Nie powinienem przychodzić o tej godzinie...
        - Nie szkodzi, nie spałam. Ja tylko... a z resztą nieważne - uśmiechnęła się szeroko - Prawdę mówiąc, miałam zamiar iść na spacer, na świeże powietrze. Masz ochotę iść ze mną?
        Chłopak uśmiechnął się.
        - Dzisiaj dopiero czwartek - przypomniał - Przepustkę na wyjście dostajemy w niedzielę.
        - Przecież wiem. Jestem tu od trzech lat! Dalej, nie każ mi cię przekonywać - ubrała szybko trampki i zamknęła drzwi na klucz. - To jak, idziesz?
        Skinął tylko głową z uśmiechem.
        Poszli wzdłuż długiego korytarza i zatrzymali się przy jego końcu. Janet przykucnęła przy ścianie i wychyliła lekko głowę.
        - Widzisz tego strażnika? - szepnęła do Beana - Zaczyna swój obchód o godzinie dwudziestej trzeciej. Zaczyna od ostatniego korytarza, potem patroluję przez chwilę hol, sprawdza kolejny korytarz, znów hol i po raz kolejny korytarz... tak aż do końca. Aktualnie patroluje hol i potem drugi korytarz. Problem tkwi w tym, że to właśnie do tego drugiego musimy się dostać.
        Chłopak pokiwał głową ze zrozumieniem . - I co robimy?
        - Kiedy dam sygnał, musimy szybko dotrzeć do korytarza obok... to zaledwie kilka kroków, ale trzeba przejść przez ten kawałek holu niezauważonym...
        - Ale, jak...
        - Cii... - przerwała mu przykładając palec do ust. Szybko przyparła do ściany.
        W kierunku korytarza, w których się znajdowali, został puszczony snop światła. Oboje byli kompletnie cicho, przyciskali swe ciało do ściany najmocniej jak się tylko da. Gdy światło zniknęło, skierowane gdzie indziej, Janet opuściła palec.
        Po chwili znów się wychyliła.
        - Poszedł na koniec sali... chodź, szybko! - szepnęła dziewczyna trącając Beana łokciem. Pobiegł za nią cicho do drugiego korytarza.
        - Musimy iść blisko ściany.
        - Jasne. - skinął głową.
        Doszli na koniec korytarza. Przed nimi była tylko murowana przeszkoda.
        - Ślepy zaułek? - spytał cicho.
        Janet przykucnęła i przejechała dłonią po cegłach. Nagle ze ściany wysunęło się prostokątne przejście na zewnątrz. Dziewczyna szybko chwyciła chłopaka za  przegub nadgarstka i pociągnęła za sobą. Potem szybko przesunęła brakującą część ściany z powrotem na miejsce.
        - Wow - wydusił z siebie Bean, gdy tylko przywróciło mu mowę.
        Na zewnątrz było ciemno. Letnie powietrze roznosiło zapach prażonych orzeszków i popcornu, który dochodził z przyulicznych małych budek z jedzeniem. Większość sklepów było już pozamykanych, funkcjonowały jedynie sklepy i hipermarkety nocne. Nocne życie w tej części miasta było bardzo spokojne,  ulicą rzadko kto się przechadzał. W zasięgu wzroku nie było widać żadnych groźnych, uzbrojonych typków. Oczywiście nie było tak wiecznie, ale zawsze to jakiś plus.
        Janet odetchnęła głęboko powietrzem. - Wolnoość! - jęknęła z zadowoleniem.
        Bean zaśmiał się pod nosem. - Masz wyjątkowy pogląd na „wolność“.
        Spojrzała na niego z rozbawieniem i dała mu kuksańca w ramię - Zrozumiesz, jak pobędziesz tu dłużej, młodziku. - mrugnęła do niego. - A teraz chodź.
        - Gdzie?
        - Na spacer - powiedziała niewinnym głosem.
        - To nie jest dokładna odpowiedź na moje pytanie - odparł z uśmiechem.
        - Sam musisz to zobaczyć! - powiedziała z entuzjazmem, a potem zakryła mu oczy dłońmi.
        - Janet, serio? - mruknął.
        - Cichoo! I nawet nie waż mi się podglądać! - ostrzegła go.

        W sumie całą ta sytuacja była dla Beana zabawna... i co prawda trochę krępująca. To chłopak powinien robić dziewczynie takie niespodzianki, a nie na odwrót. Cóż... czuł, że dziewczyna jeszcze nie raz go zaskoczy.
        Po kilkunastu minutach Jean zatrzymała się.
        Bean poczuł w nozdrzach zapach jodu, zapach morza. W tej samej chwili dziewczyna odkryła mu oczy.
        Chłopak miał przed sobą widok, którego jeszcze nigdy wcześniej nie widział. Wielka, piaszczysta plaża z wydmami, a za nią ogromne, błękitne morze, którego kresu nie było widać. Woda iskrzyła się, w blasku gwiazd i księżyca.
        - Przepięknie, prawda? - spytała Janet z uśmiechem.
        - Tak, masz rację - odparł odwzajemniając uśmiech.
       Dziewczyna przysiadła na jednej z wydm i objęła kolana rękoma. Patrzyła wprost przed siebie, na rozciągające się morze.
        - Wiesz, Bean - podjęła rozmowę - Czasami dobrze  odpocząć od tego wszystkiego. Ciągłe walki, nauki i te wszystkie sekrety... nieraz trzeba od tego wszystkiego się odciąć, choć na chwilę zapomnieć i się zrelaksować.
        - Dlatego pokazałaś mi to miejsce?
        - Tak, chyba tak - powiedziała uśmiechając się do niego. - Nie chcę, żebyś zapomniał o całym otaczającym się świecie i poddał się tylko zemście... - w jej głosie było słychać lekki smutek.
        - Rozumiem. Obiecuję, że nie zapanuje nade mną żądza zemsty - powiedział spokojnie, ale stanowczo.
        Zapanowała kilkuminotowa cisza, którą zakłócał jedynie szum fal i trzepot skrzydeł mew.
        - Janet... Mogę cię o coś zapytać?
        - Jasne.
        - Co... - zrobił nagłą przerwę, jakby chciał zrezygnować, ale kontynuuował - Co wydarzyło się dzisiaj, w piwnicy?
        - Co masz na myśli?
        - Co robiłaś tam? - uściślił pytanie.
        Janet westchnęła cicho. - Odpprawiałam rytuał. Musiałam umocnić bariery obronne akademii. Gdyby ktoś nieproszony chciał wtargnąć.
       Bean był trochę zawiedziony jej odpowiedzią. Sądził, że wydarzyło się tam coś więcej, ale nie zamierzał naciskać na Janet. Nie miał zamiaru jej do niczego zmuszać, za bardzo cenił sobie stosunki między nimi. I dopiero teraz to sobie uświadomił.
        - Pokażę ci coś - powiedziała nagle i przykucnęła przy długim, dużym kwiecie o fioletowym kielichu i dotknęła delikatnie jego płatków. - Asino, cereno, opatium. - szepnęła i nagle płatki rośliny zapłonęły żywym ogniem, jednak nie spaliły się. Żywioł nie czynił im żadnej szkody.
        Bean wpatrywał sie w nie oczarowany. Co prawda był bardziej zafascynowany samą istotą zaklęcia, niż pięknem kwiata, ale i tak było to dla niego wspaniałym widokiem.
        Otworzył usta chcąc skomentować, ale Janet mu przerwała - To jeszcze nie wszystko.
        Zamknęła oczy. - Sereni idee - wyszeptała znów.
        Ogień ogarniający kielich zamienił się w jednej sekundzie w proch i opadł na płatki w postaci drobnych kryształków lodu.
       - Niesamowite - powiedział zdumiony, wpatrując się w maleńkie drobiny - Mogłabyś... mnie nauczyć jakiś zaklęć?
        Janet zamyśliła się. Nie za bardzo podobał jej się ten pomysł głównie dlatego, że nie posiada pozwolenia na nauczanie innych katedów magii. Z drugiej strony rozkaz mistrza Melforhta mówił, że ma informować go o niepokojących zachowaniach... jak może pilnować Beana, skoro nawet nie wie na ile go obecnie stać?
        - Zapewne wiesz, że zaklęcia wymagają użycia energii z określonego źródła życia - podjęła się tematu.
        Chłopak skinął głową.
        - Dobrze. Może to się wydawać dla ciebie żmudne i niepotrzebne gadanie, ale powienieneś mnie wysłuchać uważnie. Musisz skupić swoją energię na jednym punkcie - w tym przypadku są to płatki kwiata. Na początku spróbuj zamknąć oczy i wyczuć energię istot dookoła ciebie.
        Bean spojrzał na dziewczynę ze zdziwieniem.
        - Jak mam to niby zrobić?
        - Rany, rany. Nie miałeś jeszcz lekcji o wyczuwaniu energii?
        - Prawdę mówiąc... - podrapał się po głowe - Może i miałem. Trochę trudno się skupić na wykładzie, kiedy masz świadomość, że za chwilę czekają cię bardziej emocjonujące, praktyczne zajęcia.
        Janet odpuściła sobie skarcenie go i wyłożenie wykładu o odpowiedzialności. Wiedziała, że kto jak kto, ale ten chłopak nie oleje sobie wszystkiego. Nie jest w akademii bez powodu i z nudów.
        - W takim razie - ciągnęła dalej - Zamknij oczy. Ważne jest, aby się wyciszyć. Twojemu przepływowi energii nie może przeszkadzać żadna zbędna myśl, rozumiesz? Twój umysł musi być czysty. Jeśli zrobisz wszystko odpowiednio, wyczujesz jednostki energii...jednostki życia - przerwała instrukcje, aby pozwolił chłopakowi wykonać polecenia.
        Próbował się skuć. Zacisnął mocno pięści, coraz bardziej zdeterminowany, ale jednocześnie i poirytowany. Wokół była tylko ciemność.
        Krzyknął pochwili bezradnie, otwierając oczy.
        - Kompletnie nic nie czuję!
        - Uspokój się. Nie myśl o tym, aby od razu wszystko skończyć. Wczuj się w ciszę. Wsłuchaj się, w ciche głosy istnień. Dopuść je do siebie.
        Bean odetchnął głęboko i spokojnie, ponownie zamknął oczy. Tym razem próbował wyczuć więcej niż ciemność, poszerzyć horyzonty. Błędził tak w ciemnościach przez kilka miut, próbując wykorzystać wszystkie swoje zmysły. Po chwili w jego umyśle, w tej nieprzeniknionej ciemności zauważył nikłe, błękitne światełko. Biło od niego przyjemne ciepło, ono samo ogarniało błogim spokojem. Chłopakowi wydawało sę, że słyszy jakby cichy, piskliwy głosik, który przemawia owy płomyk. Po chwili jednak pojawiło się ich więcej. Dziesiątki, setki płomieni migotały w jego umyśle. Każde były innej wielkości, wydawały z siebie zróżnicowane dźwięki i melodie.
        Nie wytrzymał nadmiaru tego wszystkiego. Głosy przyprawiały go o ból głowy, a początkowe przyjemne ciepło przerodziło się w palący żar.
        Otworzył gwałtownie oczy, oddychając głośno.
        - To... to za dużo - wydyszał masując swoje skronie.
        Janet położyła dłoń na jego ramieniu.
        - Początki zawsze są trudne. Musisz po prostu nauczyć się odróżniać każde, z tych jednostek życia. Nie możesz pozwolić, żeby cię otumaniły i przejęły kontrolę. Nie pozwól, żeby ich głosy zamieniły się w jeden krzyk. Każde z nich jest inne i każde żyje. Im większy jest płomień, tym większa energia życiowa. - wyjaśniła - No, spróbuj jeszcze raz. Kiedy będziesz miał kontrolę wypowiedz: „Reto utanim losetro ture“, dotykając płatków. To zaklęcie zamieni je w kryształ.
        Chłopak policzył w myślach do dziesięciu, próbując przyswoić sobie każde słowo i przymknął powieki. Postarał się nie bać. Poprzednia próba przerosła go, ale próbował przejąć kontrolę.
        Kilka płomyków zajaśniło się na raz. Za nimi pojawiły się kolejne i kolejne. Przez chwilę się zlewały, ale chłopak wyodrębnił każde z nich, starał się zrozumieć odmienną energię życiową każdego źdźbła trawy, kwiata, zwierzęcia itp. Teraz widział każdego z nich wyraźnie, odróżniał poszczególne pokłady energii. Kiedy uznał, że jest gotowy, wyciągnął dłoń ku płatkom kwiata.
        Targały nim różne emocje. Głównie podeksyctowanie i niecierpliwość. Górę przejęła chęć wykonania zadania.
        - Reto utanim losetro ture - wypowiedział formułę.
        Janet obserwowała kwiata, ale gdy ten zapłonął purpurowym płomieniem i natychmiastowo obumarł, wystraszyła się. Momentalnie zobaczyła, jak cała roślinność wokół Beana więdnie i kruszy się. Umiera. Chciała go powstrzymać, chciała powiedzieć, żeby natychmiast przestał, ale ona sama czuła jak zaczynają ją opuszczać siły.
        A on nawet nie był świadomy tego, co robi.
        Po chwili jednak morderczy krąg przestał się rozprzestrzeniać, a jego końce zajaśniły złotym promieniem. Potem jakby wsiąkły w ziemię.
        Janet patrzyła na wszystko z przerażeniem.
        Co się stało? Dlaczego to się skończyło?
        Czyżby... jego energia życiowa została wyczerpana?
        Spojrzała w kierunku Beana. Zył. Również patrzył na obumarły teren z przerażeniem, nie miał pojęcia co się stało.
        Co on zrobił?...
        Nie mógł wydusić z siebie ani jednego słowa.
        Usłyszeli za sobą kroki i momentalnie się odwrócili.
        Szczupła, ciemna sylwetka podążała w ich stronę. Grube, ciężkie czarne buty deptały bezlitośnie piasek pod sobą, a długie ciemne włosy i mundur kadeta błyszczały w blasku nocy.
        - Hope - szepnęła cicho Janet, jakby sama do siebie. Przez chwilę zastanawiała się, co ona tu robi, dopiero później zrozumiała. To ona przerwała zaklęcie.
        - Przez ciebie utworzył pieczęć - powiedziała cicho Hope, która była coraz bliżej dziewczyny.
        Uderzyła z całej siły Janet w policzek. Rozległ się głośny plask, a potem nastała złowroga cisza. Różowłosa zamarła w bezruchu. Kosmyki jej włosów opadały na twarz, policzek zaczerwienił się i zaczął okropnie piec. Ledwo dotarło do niej, co się właśnie stało.
        Z osłupienia wyrwał ją donośny krzyk Hope.
        - Oszalałaś?! Co ci strzeliło do głowy, żeby uczyć go zaklęć?! Czy ty masz w ogóle pojęcie, że ma w sobie czarną magię?! Wiesz, że jej używanie jest zakazane poza terenem akademii!
        Tym razem to Bean poczuł, jakby otrzymał policzek. Czarnej magii?
        Janet była równie zdziwiona co chłopak.
        - Nie miałam zamiaru... nie wiedziałam, że... - próbowała się tłumaczyć, ale jej usta nie potrafiły utworzyć żadnego sensownego zdania.
        - Zamilcz - warknęła - Nie mam zamiaru słuchać żadnych twoich żałosnych tłumaczeń! - wskazała palcem osłupiałego Beana - Mógł uśmiercić pół miasta!
        Chłopak otrzymał kolejny cios. Jego wzrok skierował się na zwiędły teren.
        On... on to zrobił?
        Nie chciał wierzyć. A jednak... a jednak podczas zaklęcia czuł, że coś jest nie tak. Czuł, że otaczające go ogniki znikają, stają się chłodne, a ich wewnętrzne głowy milkną. Ale dlaczego nie potrafił tego powstrzymać?
        Hope obrzuciła kadetów wściekłym spojrzeniem. Nie miała ochoty dłużej uświadamiać im, jaką głupotę popełnili.
        - Wracajcie do akademii - rozkazała - Później o tym porozmawiamy - powiedziała chłodno, a potem odwróciła się i żołnierskim krokiem powędrowała do akademii razem z resztą.
        Kadeci szli za nią, wymieniając między sobą spojrzenia. Jednak żadne z nich nie miało odwagi się odezwać. W przygnębiającej ciszy i napiętej atmosferze rozeszli się do swoich pokoi.

        Bean odnalazł swoją kwaterę dzięki numerowi na rozpisce, który wcześniej wskazała mu Janet.
        Wszedł do niego nie zapalając nawet światła. Wyciągnął z zamka klucze i rzucił je na komodę, a drzwi zamknął na spust.
        Wciąż był oszołomiony. Wciąż próbował zrozumieć, co się dokładnie stało.
        Mechanicznym krokiem wszedł do sypialni, położył swój miecz przy szafce nocnej i rzucił się na łóżko.
        Nie mógł zasnąć. Wpatrywał się pustym wzrokiem w sufit. Było mu niedobrze, ze wstrętu do samego siebie. W głowie tkwił mu moment, w którym czuł jak w jednej sekundzie odbiera życie żywym istotom. Co gorsza, mógł zrobić nawet krzywdę Janet.
        „Każde z nich jest inne...“
        „Każde żyje...“


***
Hm, w sumie nie wiem od czego zacząć. Jestem świadoma tego, że wielu z was( może nawet wszyscy ) zapomnieli o tym blogu i przestali na niego wchodzić. Za długo nie wstawiałam tu żadnych postów, wiem, wiem. Ale mniejsza o to. Jeśli ktoś przeczytał to, niech da mi znać co sądzi :)

Przy okazji polecam z własnej inicjatywy bloga - http://paranormal-heart.blogspot.com/ . Bardzo fajnie się zapowiada, warto zajrzeć.
*Do rubryki postaci po prawej stronie, doszła kolejna osoba.

niedziela, 24 czerwca 2012

XVIII - Trudne początki, cz.I


Informacja od autorki: Part dotyczy świata ziemskiego, więc jeśli nie pamiętacie co się działo ostatnio, polecam sobie przeczytać XI - Sen o nimfie. ;)
____________________________________________________________
        Chłopak szedł między szeregami potężnych kolumn. Oświetlały je ogniste pochodnie rzucające jedyną smugę światła na marmurową ścieżkę.
        Korytarz zdawał się nie mieć końca. Każdy inny kadet pod wpływem niecierpliwości i napięcia już dawno by zawrócił, ale Bean był zdeterminowany, aby dotrzeć dowiedzieć się co kryje w sobie blade światło. Błądził wzrokiem po ścianach szukając czegoś, co mogłoby przykuć jego uwagę i skrócić monotonną wędrówkę, jednak niczego takiego nie znalazł. Zwykłe, stare mury dotknięte czasem.
        Dopiero gdy uniósł głowę, ujrzał na  suficie geometryczne znaki, układające się w coś, na wzór pieczęci nakreślone szkarłatem krwi.
        Nagle przejście zdawało się skrócić, bo jego oczom ukazało się przejście do komnaty.
        Zobaczył postać osłoniętą szmaragdową, gładką płachtą, a jej głowę zakrywał duży kaptur. Stała przed niewielkim ołtarzykiem, pochłonięta rytuałem. Osoba rozłożyła ramiona i uniosła twarz ku górze wymawiając modlitwę. Nagle kaptur zsunął się, odsłaniając średnie, błyszczące, różowe włosy.
        - Janet? - zapytał Bean zdumiony.
        Dziewczyna gwałtownie się odwróciła, trącając łokciem jedną z ksiąg, która runęła z donośnym hukiem na podłogę. Szybko ją podniosła i odstawiła na miejsce. Głębokim wdechem uspokoiła się i obrzuciła chłopaka karcącym spojrzeniem.
        - Nie powinno cię tu być - warknęła - Kto kazał ci tu wchodzić?
        - Zaniepokoiły mnie dźwięki dochodzące stąd - wyjaśnił krótko, po czym zaczął rozglądać się po pokoju. Czaszki, szczątki i świece porozstawiane wszędzie budził w nim pewne zafascynowanie i zachwyt. Potężne, stare grzbiety książek wystawały zza półek eksponując swe tytuły. Wiele z nich było bezimiennych, inne napisane w starożytnym, vertoriańskim języku*. Wosk rozpływał się pod wpływem ciepła przyklejając się do metalowych podstawek. Przyglądając się dłużej czaszkom mogłoby się zdawać, że patrzą na chłopaka pustym wzrokiem i wykrzywiają specjalnie kości policzkowe w przerażającym uśmiechu.
        Gdy uniósł głowę tak, jak przed chwilą uczyniła to Janet, ujrzał te same znaki, jakie były widoczne na korytarzu.
        - Co robisz? - zapytał beztrosko próbując zagadać rozzłoszczoną koleżankę.
        Skupił uwagę na znakach, próbując sobie przypomnieć, czy aby nie widział ich gdzieś wiele lat wstecz i czy nie zna ich znaczenia. Niestety nic szczególnego nie przychodziło mu na myśl.
        Dziewczyna nie odpowiedziała. Bez słowa zdjęła płachtę i zawiesiła ją na dużym, sterczącym haku. Potem zamknęła wszystkie księgi, zgasiła świece i ruszyła korytarzem z niewzruszoną miną.
        - Janet, poczekaj! Nie wyjaśnisz mi tego wszystkiego? - zawołał za nią.
        - Jeśli się nie pospieszysz, to cię tu zamknę - ostrzegła  bardziej chłodnym tonem niż zamierzała, ale poskutkowało. Bean przyspieszył kroku. Wchodząc po schodach znaleźli się w sypialni. Dziewczyna zatrzasnęła klapę i nogą nasunęła na nią dywan.
        - Powinieneś już iść - burknęła.
        Bean zupełnie jej nie poznawał. Jeszcze ostatniego wieczora była niczym anioł i to właśnie jemu było dane obejmować to bóstwo. Teraz traktowała go z nadzwyczajną obojętnością i oschłością. Owa maska niepokoiła go, gdyż obawiał się, że właśnie ta dziewczyna, przed którą stoi, jest prawdziwym obliczem Janet. Nie. Nie wierzył w to, że ten delikatny anioł był jedynie dobrze odegraną przez nią rolą.
        - Przepraszam, że tak wtargnąłem. - mruknął posępnie, choć sam do końca nie rozumiał, co się właściwie stało, że tak się na niego rozzłościła.
        Twarz dziewczyny lekko złagodniała, jednak i tak była niezwykle poważna.
        - Czy aby z rana nie masz walki z Greffordem? - spytała zmieniając temat.
        - Kim jest Grefford?
        Janet wyglądała przez chwilę na wyraźnie rozbawioną.
        - Nie znasz imienia swojego nauczyciela...to absurdalne, wiesz? Znasz chociaż swój harmonogram zajęć? - zadrwiła. Widząc zmieszanie chłopaka wyciągnęła z komody małą, złożoną karteczkę i wręczyła mu ją. - Trzymaj. To twoja rozpiska. Nie pytaj skąd ją mam.
        - Dzięki - wymamrotał - Ty nie masz teraz zajęć?
        - Mam jeszcze godzinę,a ty zaledwie kilka minut. No idź, nie spóźnij się - pchnęła go w kierunku drzwi.
        - Jasne. Jeszcze raz dzięki - uśmiechnął się zamykając za sobą drzwi. Rzucił okiem na harmonogram.
„Techniki walki w praktyce - Grefford, sala nr.382 - piętro 3(...)“.
        Chłopak odtwarzając wczorajszą wędrówkę do mieszkania Janet wyszedł z labiryntu korytarzy. Znalazł się w głównym holu akademii. Ogromny zegar na ścianie wskazywał godzinę 6:58. Po raz kolejny spojrzał na rozpiskę - „(...) piętro 3. Godzina 7:00“.
        Tylko dwie minuty... - pomyślał nerwowo i zaczął się rozglądać w poszukiwaniu schodów prowadzące na trzecie piętro. Mimo wczesnej pory hol był wypełniony kadetami zarówno płci męskiej jak i żeńskiej. Wielu z nich również przedzierało się przez tłumy, próbując dostać się na zajęcia, ale byli i tacy, którzy beztrosko wymieniali się nowinkami.
        Zauważył szerokie, długie schody i od razu popędził w ich kierunku na wskazane piętro. Biegł między salami w poszukiwaniu numeru 382. Nagle w jego uszach rozbrzmiały dzwony. To zegar wybijał godzinę siódmą.
        Cholera. Dopiero 366.
        Przyspieszył biegu. Już nawet nie patrzył na numery, biegł tylko prosto przed siebie z nadzieją, że zaraz znajdzie się u poszukiwanych drzwi.
        Zegar ucichł i Bean przystanął. Ujrzał numer 382.
        Zdyszany wpadł do sali. Spodziewał się niewielkiej starej klitki, gdzie z nauczycielem wymierzałby ciosy w powietrzu. Ujrzał coś zupełnie odmiennego od swoich wyobrażeń - pomieszczenie było wielkości sali bankietowej. Na ścianach wisiały lśniące zbroje, tarcze i miecze. Pokój oświetlały trzy wielkie, kryształowe żyrandole oraz promienie słońca przedostające się przez pięć dużych okien gotyckich.
        Rosły mężczyzna stał przed jednym z nich wpatrując się w naturę wstającą do życia. Dłonie miał założone za plecami, a jego twarz była dumnie wzniesiona ku górze.
        Czekał na niego.
        - Spóźniłeś się. - powiedział srogim tonem.
        - Wiem. Przepraszam.
        - To ma się więcej nie powtórzyć.
        - Zrozumiałem - zapewnił i wtedy nauczyciel rzucił mu miecz. Chłopak złapał do i wyprostował się oglądając ostrze. Zaczął się zastanawiać, dlaczego tak szybko ma nauczyć się władać dwoma mieczami na raz, gdy nagle spostrzegł, że jego pasa nie zdobi skórzana pochwa. Przeklął się w duchu. Musiał miecz zostawić u Janet.
        - Nie traćmy czasu. Przygotuj się - ostrzegł go mężczyzna i momentalnie zniknął z jego pola widzenia. Potem zaszedł Beana od tyłu i uderzył w nogi. Chłopak upadł na podłogę.
        - Miałeś się przygotować.
        Uczeń wstał bez słowa, chwiejąc się przez chwilę na nogach i ścisnął mocniej rękojeść miecza. Grefford nie czekał długo. Dźgnął chłopaka ponownie, tym razem jednak on odskoczył i wymierzył mu chybiony cios. Nauczyciel uśmiechnął się drwiąco - miał przewagę zarówno w sile, szybkości, umiejętnościach i doświadczeniu.
        Mężczyzna nie pozwolił Beanowi do siebie dotrzeć. Wszystkie jego ataki odpierał lub unikał, a sam zadał mu wiele, choć mało dotkliwych ciosów.
        - Każdy twój ruch musi być przemyślany - mówił wciąż, ale jego uwagi ani trochę nie pomogły chłopakowi. Polegał tylko na swojej technice walki i nie brał pod uwagę słów nauczyciela, podczas ataków.
        Po ciągnącej się monotonnie potyczce, Grefford zaatakował ostatecznie wytrącając chłopakowi miecz z dłoni. Bean próbował go dosięgnąć, jednak nauczyciel przeszkodził mu.
        - Na dzisiaj koniec. Poćwicz, przed kolejną lekcją, Bean. Myślałem, że na więcej stać ucznia tej akademii. Dziw, że zostałeś przyjęty - uciął.
        Bean ukłonił się niechętnie dziękując za lekcję i wyszedł z sali. Był wzburzony. Słowa Grefforda go dogłębnie uraziły,a jednak wiedział, że są prawdą. Sam nie wiedział, dlaczego został przyjęty. Był wdzięczny, że dano mu szansę zemścić się na istotach, które zamordowały jego rodziców, więc nie był dopytliwy. Może zwyczajnie się nad nim zlitowano, a może kryło się za tym coś więcej? Cokolwiek by to nie było, nie zmieniało faktu, że chłopak musi poprawić swoje umiejętności.


        Janet stała pod ścianą skrywana przez mrok. Z niecierpliwością wyczekiwała najmniejszego ruchu, który mógłby pojawić się przed nią w oświetlonej części sali. Czekała na kogoś.
        Nagle, ktoś wystąpił tuż przed nią. Zobaczyła twarz gładką i delikatną, nie naruszoną przez żadną zmarszczkę, skrywaną częściowo przez purpurowy, aksamitny kaptur. Sylwetka niezwykle szczupła, poruszała się sztywno pod długą szatą. Mężczyzna miał wytatuowanego wokół szyi węża, który wił się pod jego brodą jak prawdziwy. Na jego palcu palcu serdecznym lewej dłoni, można było zauważyć wielki, połyskujący sygnet wykonany z kamieni szlachetnych. Nosił go najmłodszy z mentorów, Melforht.
        - Mistrzu - przywitała go niskim ukłonem.
        - Dlaczego chciałaś mnie widzieć? - spytał spokojnie. Mimo, że był szanowany tak samo, jak reszta mistrzów to z uwagi na swój młody wiek, nie traktował tak sztywno swoich podopiecznych.
        - Niepokoję się o Beana. Bez problemu wszedł do gerterotium**. Bariery ochronne i pieczęcie nie wywołały u niego żadnej reakcji - dziewczyna zrobiła przerwę, jakby chciała się upewnić, że mistrz ją słucha - Szczególnie Vertora powinna go powstrzymać.
        „Pieczęć Vertora“ została pierwszy raz stworzona przez kapłana Vertoriego wiele tysięcy lat wstecz. W dawnych czasach jak i teraz wierzono, że tylko duchowni, którzy mieli styczność z nieczystymi siłami byli na tyle silni, żeby uczestniczyć w obrzędach i modlitwach, a więc pieczęć nie pozwalała przedrzeć się osobom niedoświadczonym.
        - Tak...to interesujące. - przyznał - Będziesz go pilnować. Informuj mnie o wszystkim, co wyda ci się niepokojące.
        Janet była wyraźnie zaskoczona. Nie podobało jej się to, że miała być w pobliżu chłopaka głównie dlatego, że nie znała jego możliwości. Była co prawda doświadczona, ale przerażał ją fakt zmierzenia się z nieznanym.
        Melforht zauważył jej zdziwienie.
        - Czy wyraziłem się jasno?
        Janet natychmiast się orzeźwiła.
        - Naturalnie. - powiedziała wysilając się na słaby uśmiech.
        - Doskonale. Liczę na ciebie.
        Mistrz odszedł nie powiedziawszy nic więcej. Dziewczyna była niezwykle ciekawa, co jej mentor myśli o całej tej sytuacji. Był tajemniczy, tego nie dało się przeoczyć. Mimo tego, że Melforht nie wydawał się specjalnie przejęty ani zaniepokojony, to Janet i tak bała się mocy tkwiących w Beanie.
        Niepokojące było również to, że chłopak spotkał demona i przeżył. Póki co, z kadetów tylko ona i jej przyjaciel Jason walczyli z demonem. Jason niestety zmarł.
        Dziewczyna na myśl o swoim przyjacielu poczuła chłód ogarniający jej ciało i wszechobecną pustkę. Tak bardzo za nim tęskniła. Tak bardzo jej go brakowało.
        Janet właśnie szła na swoją pierwszą lekcję - zajęcia z wykorzystywaniem czarnej magii, prowadzone przez pannę Framp. Oprócz niej na lekcje uczęszczało dwunastu innych uczniów, którzy jako nieliczni wytrwali przynajmniej cztery lata w akademii.
        Nagle zza rogu wpadł na nią Bean. Przez krótką chwilę był zaskoczony, ale potem uśmiechnął się uradowany.
        - Hej.
        - Hej. Jak minęła pierwsza lekcja? - zapytała uśmiechając się.
        Chłopak westchnął ciężko.
        - Bynajmniej męcząco. No i Grefford raczej nie darzy mnie zbytnią sympatią. - uciął spoglądając na nią z wyrzutem - Przepraszam. Muszę pędzić na...zapewne kolejny ochrzan.
        - Z kim masz?
        - Z Dakotą.
        Janet zaśmiała się.
        - Stara Dakota...lepiej jej nie podpadnij. - wyminęła chłopaka poklepując go po ramieniu.
        Niedawny uśmiech na twarzy uczennicy zastąpiło zmartwienie. Jak ten chłopak mógł mieć cokolwiek wspólnego z demonem? W dzieciństwie spotkał hybrydę...ale kiedy demona? O co w tym wszystkim chodziło? Nie mogła tego zrozumieć. A jednak - czuła, że z Beanem wiąże się jakaś dziwna, mroczna, skrywana od wielu lat tajemnica, o której być może on sam nie ma pojęcia. Nie wiedziała tylko, jaka.
_________________________________________________________
* język vertoriański - język używany przez starożytnych kapłanów.

** gerterotium - pomieszczenie modlitewne, używane również do odprawiania rytuałów.

***
Jeśli są jakieś błędy, to wybaczcie mi. Prawdopodobnie jest to ostatni post dodany przed wakacjami, chociaż kto wie - może pojawi się jeszcze jeden. Dzień po zakończeniu roku szkolnego jadę na kolonię, więc nie będę miała przez dwa tygodnie możliwości dodania kolejnych partów :/. Liczę na wasze komentarze i opinie dotyczące rozdziału :)


niedziela, 3 czerwca 2012

XVII - Maska obojętności


        Dziewczyna pokręciła ze smutkiem głową.
        - Znasz mnie zaledwie dwa dni.
        - Mylisz się. Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz - szepnął patrząc w jej oczy. Był tak blisko, że prawie stykali się czubkami nosów. Chłopak słyszał jej przyspieszony oddech.
        - C-co masz na myśli? - spytała zaniepokojona
        - Powiedz mi, Amber...
        - Nie mówiłam ci jak mam na imię - zauważyła - Kim ty jesteś? - spytała ze strachem w głosie
        - Wyjaśnię ci wszystko w domu .
        - Wyjaśnij mi tutaj. - nalegała
        Dean westchnął ciężko, po czym odsunął się znacznie od Amber i przysiadł przy drzewie obok. Dziewczyna zrobiła to samo przyglądając mu się uważnie. Zniecierpliwiona czekała na wyjaśnienia.
        - Co pamiętasz ze swojego ziemskiego życia? - spytał nagle
        - Dlaczego o to pytasz?
        - Odpowiedz mi.
        - To...drażliwy temat. Pamiętam praktycznie wszystko. Dni spędzone w samotności, w ciągłym płaczu i strachu - Amber wbiła pięść w szatę roślinną przy sobie i utkwiła wzrok w ziemi przed sobą - Pamiętam...pamiętam jak się na wszystkich zemściłam.
        Chłopakowi zrobiło się żal dziewczyny, jednak postanowił nie przerywać przesłuchania.
        - Pamiętasz, jak zawarłaś pakt?
        Amber zaniemówiła. Nie pamiętała niczego - jak zawarła pakt i jakim sposobem znalazła się w Qalancar. Nigdy o tym nie myślała, jakby było to nieistotne. Teraz, gdy o tym wspomniał poczuła pustkę w głowie, jakby odebrano jej jedno z najważniejszych wspomnień. Owa pustka po chwili zaczęła ją pochłaniać, a ona sama bezskutecznie próbowała sobie przypomnieć.
        - Nic...nie pamiętam nic. - wymamrotała z niedowierzeniem. Nieświadomość tego, jak stała się demonem przerażała ją.
        - Nie miałaś na to wpływu. Detron i starszyzna odebrali ci wspomnienia.
        - Starszyzna? - powtórzyła
        Dean uśmiechnął się pod nosem.
        - No tak...detron nie miał powodów, aby ci o nich mówić. Mimo, że jest w hierarchii wyżej, to oni podejmują większość decyzji. Sześć członków legendarnej rady. Aż dziw, że o nich nie słyszałaś.
        - To bez sensu... skoro są niżej, nie powinni...
        - To trochę bardziej skomplikowane - przerwał jej - Starszyzna utworzyła pieczęć, która ogranicza jego moc. Myślisz, że dlaczego jeszcze detron cię nie ścigał? Dlaczego pozwala ci być na wolności? Gdyby mógł wykorzystać swoją moc w pełni, już dawno byłabyś przez niego torturowana. Lub gorzej.
        - Dlaczego mi to wszystko mówisz?
        Chłopak przez chwilę milczał, po czym przemówił:
        - To ja uzyskałem twoją zgodę na zawarcie paktu.
        - Co? - tylko na taką reakcję było ją stać w tamtej chwili. Nie chciała wierzyć jego słowom. Czuła się oszukana. Nie tylko przez detrona, ale również przez Deana. Zastanawiało ją, kto jeszcze ją okłamywał. Kto jeszcze nie mówił jej całej prawdy? Czyżby uważali, że na nią zasłużyła? A może uważali, że to nieistotne?
        - Przepraszam...gdybym wiedział wcześniej, co będą chcieli zrobić...nie chciałem tego. Chciałem cię przed tym uchronić.
        - Dlaczego zachowywałeś się, jakbyś spotkał mnie po raz pierwszy?! - warknęła - Czy nie zasługuję nawet, na odrobinę prawdy?!
        - To nie takie proste! - odkrzyknął - Nie pamiętasz mnie. Chciałem wszystko zacząć od nowa, ale to nie łatwe biorąc pod uwagę to, że ja wiem o tobie wszystko, a ty o mnie nic. Kiedy patrzyłaś na tamto zdjęcie...liczyłem na to, że sobie cokolwiek przypomnisz - odparł zrezygnowany. Potem jednak wysilił się na delikatny uśmiech - Kiedy jeszcze byłaś człowiekiem, przychodziłem do ciebie, aby zdobyć twoje zaufanie i przygotować cię na zawarcie paktu. Moim błędem było to, że za bardzo się przywiązałem do ciebie. Nawet prosiłaś, bym zamiast Amber nazywał cię Lumią.
        - Wyjątkowo głupia ksywka. - ucięła oschle.
        - Moim zdaniem jest urocza. Amber...jeśli żywisz do mnie urazę, to...
        - Nie żywię urazy. - przerwała mu znów - Nie mogę mieć do ciebie żalu, skoro nawet nie pamiętam nic z tego co mi mówisz. Przykro mi, że nie podzielam twoich wspomnień. To co było, minęło. Również nie powinieneś się tym trapić. - poradziła mu, po czym wstając, odwróciła się do chłopaka plecami i odeszła w stronę domku.
        Lexie właśnie nakrywała stół do kolacji. Trzy pary sztućców lśniły czystością przy talerzach, na których spoczywało danie przypominające spaghetti. Kobieta miała minę bardzo poważną. Obdarzyła mieszańca karcącym wzrokiem, gdy wszedł tuż za Amber.
        Podsłuchiwała?
        Rodzeństwo usiadło przy stole. Dean energicznym ruchem ręki zasygnalizował Amber, że również ma się przysiąść.
        Dziewczyna usiadła niepewnie na krześle. Gdy chłopak skosztował pierwszy kęs, poszła w jego ślady. Poczuła w ustach dziwny posmak. Spojrzała podejrzliwie na makaron polany sosem z kawałkami mielonego mięsa, po czym wzięła do ust kolejny kęs.
        - To krew. - wyjaśniła nagle Lexie nie przerywając jedzenia.
        Dziewczyna zaskoczona ledwo przełknęła kawałek, prawie krztusząc się.
        Lexie uśmiechnęła się kpiąco.
        - Zaskoczona? Daj spokój, jesteś hybrydą.
        - To krew człowieka? - spytała po chwili.
        - Skądże. Należy do demona. Czasami jakiś pałęta się po lesie, a Dean jest wybredny - nie przepada za ciągłymi polowaniami, więc woli „przyziemniejsze“ dania.
        Amber jeszcze przez chwilę wpatrywała się w feralny sos, powodujący u niej lekki odruch wymiotny.
        - Jedz - nakazała kobieta - Chyba nie chcesz konać z głodu? Myślisz, że wczorajszy głód minął ci tak po prostu? - spytała ironicznie
        Hybryda zaczęła posłusznie jeść, przyglądając się gospodarzom.
        To żałosne. Zachowują się, jak gdyby nigdy nic.
        - Lumia, jeśli nie chcesz - zaczął Dean, ale zamilkł gdy dziewczyna poderwała się z miejsca uderzając z impentem w stół.
        - Kimkolwiek była dla ciebie Lumia...nie wróci. - odparła ostro, po czym wyszła i usiadła na ganku.
        Zimny wiatr otulił ją uspokajając zmysły. Poczuła ulgę, że w końcu uciekła od tej sztucznej, rodzinnej atmosfery.
        Krew w pewien sposób trzymała jej emocje na wodzy, co wyraźnie uradowało dziewczynę. Była spokojna wiedząc, że ma kontrolę nad samą sobą i nie musi obawiać się tego co zrobi. Ogólna sytuacja w jakiej została postawiona wydawała się jej co najmniej żałosna. Mimo, że traktowała z dystansem opowiadania Deana,to ciekawiło ją, jakie miała z nim wcześniej kontakty.
        Z początku dręczyły ją wyrzuty sumienia. Może potraktowała go za ostro? Może powinna poznać swoje dawne wspomnienia, nawet jeśli nie są do końca pewne?
        Potem jednak odrzuciła wszystkie te myśli.
        - Nie zapominaj kim jesteś. - mówił jej wewnętrzny głos stawiając jej myśli do pionu.
        Nagle zauważyła, że chłopak siedzi obok niej i w milczeniu wpatruje się w przestrzeń. Przypomniało się jej, że tak samo pojawiał się niegdyś Michael, co wywołało u niej ucisk w sercu, jednak starała się zignorować jego obecność. Potem jednak znudzona niekomfortową ciszą zagadała go:
        - Skończyłeś chociaż kolację?
        - Tak. Ty też powinnaś.
        - Nie mam zamiaru. - stwierdziła, chociaż niezwykle pragnęła poczuć znów na podniebieniu smak krwi. Przygryzła dolną wargę zastanawiając się, czy może jednak powinna zaspokoić całkowicie swoje pragnienie.
        Dean zauważył jej niepewność i natychmiast zaproponował:
        - A może masz ochotę na małe polowanie?
        Dziewczyna już miała się zgodzić, ale coś podtrzymywało ją przed tym. Czuła, że nie może tego zrobić.
        - Nie chcę - odparła ponuro, ale Dean i tak widział, że kłamie. Wykorzystał jednak chwilę ciszy w nadziei, że może jeszcze zmieni zdanie. Gdy tak się nie stało wstał bez słowa i wrócił do pomieszczenia.
        Amber odetchnęła z ulgą. Obecność Deana tylko ją kusiła, aby uciec z chłopakiem na polowanie i zatopić usta w krwi porywając się błogiemu stanowi. Z drugiej strony nie mogła wyobrazić sobie Deana skaczącego na Demona niczym zwierzę i rozrywającego pulsującą żyłę w jego gardle. Wzdrygnęła się.
        Wszyscy jesteśmy brutalnymi bestiami.




***
Rozdział miałam zamiar dodać o wiele wcześniej, ale musiałam uczyć się na sprawdziany. Ostatni miesiąc w szkole, a nauczyciele wahają się z ocenami i robię sprawdziany, żeby wiedzieć, którą z ocen postawić. To drażniące, ale cóż poradzić. W piątek jeszcze miałam zakładane szwy na kciuk u chirurga i musiałam trochę odczekać, aby móc swobodnie pisać nawet bez udziału kciuka(choć nadal nie jest to najwygodniejsze). Z niecierpliwością czekam na wasze opinie dotyczące rozdziału :) Pozdrawiam wszystkich czytelników, a uczniom życzę powodzenia na sprawdzianach :D




EDIT: W słowniczku pojawiło się nowe zagadnienie. Jeśli chcecie, zajrzyjcie.(Słowniczek znajduje się pod postami).

~Słowniczek~

Detron - jest to demon wykraczający poza rangę. Jako posłaniec szatana ma obowiązek mu służyć i przekazywać informacje. Jego zadaniem jest również powierzanie misji demonom. Posiada moc wszelkich żywiołów i wglądu w przyszłość.

A - demonom tej rangi są powierzane jedne z najważniejszych misji. Ich główne moce i umiejętności to: panowanie nad ogniem, burzą i wgląd w ludzkie dusze (tą praktykują rzadko, gdyż jeśli nie opanują tej umiejętności w stu procentach, to nie tylko ofiara może oszaleć, ale i demon).

B - demony tej rangi są zdeterminowane, aby przejść na wyższy szczebel, przez co czasami popełniają błędy. Ich misje są ważne, dlatego nie mogą ich lekceważyć. Główne umiejętności jakie posiadają to: wzniecanie ognia (jednak na niedużych obszarach) i średnie panowanie nad nim, oraz bardzo wyczulony słuch. Demony te mogą z wyglądu przypominać wampiry, ze względu na swoją bladą karnacje i kły.

C - misje tych demonów są niewiele znaczące, ich główne umiejętności to ciskanie kulami ognia i tropienie dużych zgromadzeń energii.

D - demony tej rangi są często nazywane "demonami cienia", gdyż ich misje to w większej części zabijanie ludzi w "cichy" sposób. Ich główna umiejętność to obezwładnianie człowieka strachem.

Misterie - są to obłąkane dusze, błąkające się po podziemiu, inaczej mówiąc duchy i zjawy. Często wydostają się na świat zewnętrzy.

Szatan - władca świata podziemi. Prócz detrona nikt nie zna jego "kryjówki", rzadko demony mają zaszczyt stanąć przed nim osobiście.

Limechy - są to demony żyjące własnym życiem, nie wykonujące żadnych misji. Zakładają rodziny, niektóre na własną rękę uczą się wyzwolić moc. Czasami między nimi można znaleźć kogoś, kto szkolił się na demona rangi, lecz zrezygnował.

Postać hybrydy - każda z hybryd ma trzy postacie. Pierwszą - człowieczą, drugą - człowieczą, posiadającą elementy zwierzęcia oraz trzecią - całkowicie zwierzęcą (postać zwierzęca jest zależna od klanu. np. postać całkowita hybrydy klanu kruka będzie olbrzymim, czarnym krukiem).

Klan hybrydy - nazwa klanu jest zależna od ostatecznej postaci hybrydy (patrz: Postać hybrydy). Hybrydy danej postaci są jak wielka rodzina, która chroni siebie nawzajem przedłużając istnienie klanu.

Postać demona - podobnie jak u hybryd, demony mają również trzy postacie. Pierwsza jest taka sama jak u hybryd, czyli człowiecza, druga - również człowiecza posiadająca elementy demona (np. rogi, kły, pazury, ogon itp.) oraz trzecia - całkowicie demoniczna.

Starszyzna - sześciu członków legendarnej rady. Do nich należy podejmowanie większości decyzji. Stworzyli pieczęć, która kontroluje i więzi w pewnej części moc detrona.