piątek, 1 marca 2013

XIX - Trudne początki, cz.II


        Bean skończył swoje zajęcia późnym wieczorem. Wyczerpany zarówno fizycznie jak i psychicznie, marzył jedynie o orzeźwiającym prysznicu i ciepłym, przytulnym łóżku.
        Pokonując wielki, psuty hol dotarł do rozwidlenia korytarzy prowadzących do kwater kadetów. Nagle przystanął, wpatrując się w ciemność z poirytowaną miną.
        Jakim prawem on niby myśli o przytulnym łóżku, skoro nawet nie wie, który numer ma jego kwatera?!
        - Cholerny głupek - warknął sam do siebie. Oczywiście musiał znów iść po pomoc do Janet... nie miał innego pomysłu. Lepsze to, niż łażenie bez celu po nieznajomych mieszkaniach i wypytywanie się.

        Stał przez chwilę przed jej drzwiami z uniesioną dłonią, jakby niepewny czy zapukać, czy odejść. Sądził, co prawda, że dziewczyna mu pomoże, ale... jeśli się mylił? Co, jeśli będzie taka jak rankiem i nie zechce mu pomóc, a co gorsza zdenerwuje się, że zawraca jej głowę?
        „Raz kozie śmierć“
        Opuścił dłoń i zapukał kilka razy.
        Drzwi otworzyła mu Janet. Była wyraźnie zaskoczona jego wizytą o tak późnej porze, ale nie wydawała się zła. Miała na sobie obcisły liliowy t-shirt i jeansowe, jasne szorty. Włosy były rozpuszczone i w lekkim nieładzie, jakby właśnie została wyciągnięta z łóżka.
        - Bean... - powiedziała cicho. - Co tu robisz?
        Chłopak potarł dłonią kark lekko zakłopotany.
        - Wiem że przychodzę w nieodpowiedniej porze, ale... właśnie skończyłem zajęcia i chciałem iść do przydzielonego mi „mieszkania“... pomyślałem, że może ty byś wiedziała, gdzie... ono jest.
        Dziewczyna spojrzała na niego tępym wzorkiem,a  potem się roześmiała.
        - Spójrz na swój grafik - poleciła.
        Wyciągnął z kieszeni pomięty papier.
        - I co?
        - Numerek w rogu kartki - wskazała palcem - To numer twojej kwatery.
        - Ach tak... - pokiwał głową, prawie cały czerwony ze wstydu. - I jeszcze jedno: zdaje się, że zostawiłem u ciebie swój miecz.
        - Naprawdę? Zaraz go poszukam - powiedziała odwracając się do niego plecami. Rozejrzała się po pokoju, aż natknęła na coś wzrokiem. Przykucnęła przy sofie i sięgnęła rękę. Wyciągnęła zza niej miecz, spoczywający w ciemnym, skórzanym futerale.
        - Łap! - krzyknęła rzucając mu miecz.
        Bean schował niedawną zgubę przy pasie.
        - Dzięki... i przepraszam, jeśli cię obudziłem. Nie powinienem przychodzić o tej godzinie...
        - Nie szkodzi, nie spałam. Ja tylko... a z resztą nieważne - uśmiechnęła się szeroko - Prawdę mówiąc, miałam zamiar iść na spacer, na świeże powietrze. Masz ochotę iść ze mną?
        Chłopak uśmiechnął się.
        - Dzisiaj dopiero czwartek - przypomniał - Przepustkę na wyjście dostajemy w niedzielę.
        - Przecież wiem. Jestem tu od trzech lat! Dalej, nie każ mi cię przekonywać - ubrała szybko trampki i zamknęła drzwi na klucz. - To jak, idziesz?
        Skinął tylko głową z uśmiechem.
        Poszli wzdłuż długiego korytarza i zatrzymali się przy jego końcu. Janet przykucnęła przy ścianie i wychyliła lekko głowę.
        - Widzisz tego strażnika? - szepnęła do Beana - Zaczyna swój obchód o godzinie dwudziestej trzeciej. Zaczyna od ostatniego korytarza, potem patroluję przez chwilę hol, sprawdza kolejny korytarz, znów hol i po raz kolejny korytarz... tak aż do końca. Aktualnie patroluje hol i potem drugi korytarz. Problem tkwi w tym, że to właśnie do tego drugiego musimy się dostać.
        Chłopak pokiwał głową ze zrozumieniem . - I co robimy?
        - Kiedy dam sygnał, musimy szybko dotrzeć do korytarza obok... to zaledwie kilka kroków, ale trzeba przejść przez ten kawałek holu niezauważonym...
        - Ale, jak...
        - Cii... - przerwała mu przykładając palec do ust. Szybko przyparła do ściany.
        W kierunku korytarza, w których się znajdowali, został puszczony snop światła. Oboje byli kompletnie cicho, przyciskali swe ciało do ściany najmocniej jak się tylko da. Gdy światło zniknęło, skierowane gdzie indziej, Janet opuściła palec.
        Po chwili znów się wychyliła.
        - Poszedł na koniec sali... chodź, szybko! - szepnęła dziewczyna trącając Beana łokciem. Pobiegł za nią cicho do drugiego korytarza.
        - Musimy iść blisko ściany.
        - Jasne. - skinął głową.
        Doszli na koniec korytarza. Przed nimi była tylko murowana przeszkoda.
        - Ślepy zaułek? - spytał cicho.
        Janet przykucnęła i przejechała dłonią po cegłach. Nagle ze ściany wysunęło się prostokątne przejście na zewnątrz. Dziewczyna szybko chwyciła chłopaka za  przegub nadgarstka i pociągnęła za sobą. Potem szybko przesunęła brakującą część ściany z powrotem na miejsce.
        - Wow - wydusił z siebie Bean, gdy tylko przywróciło mu mowę.
        Na zewnątrz było ciemno. Letnie powietrze roznosiło zapach prażonych orzeszków i popcornu, który dochodził z przyulicznych małych budek z jedzeniem. Większość sklepów było już pozamykanych, funkcjonowały jedynie sklepy i hipermarkety nocne. Nocne życie w tej części miasta było bardzo spokojne,  ulicą rzadko kto się przechadzał. W zasięgu wzroku nie było widać żadnych groźnych, uzbrojonych typków. Oczywiście nie było tak wiecznie, ale zawsze to jakiś plus.
        Janet odetchnęła głęboko powietrzem. - Wolnoość! - jęknęła z zadowoleniem.
        Bean zaśmiał się pod nosem. - Masz wyjątkowy pogląd na „wolność“.
        Spojrzała na niego z rozbawieniem i dała mu kuksańca w ramię - Zrozumiesz, jak pobędziesz tu dłużej, młodziku. - mrugnęła do niego. - A teraz chodź.
        - Gdzie?
        - Na spacer - powiedziała niewinnym głosem.
        - To nie jest dokładna odpowiedź na moje pytanie - odparł z uśmiechem.
        - Sam musisz to zobaczyć! - powiedziała z entuzjazmem, a potem zakryła mu oczy dłońmi.
        - Janet, serio? - mruknął.
        - Cichoo! I nawet nie waż mi się podglądać! - ostrzegła go.

        W sumie całą ta sytuacja była dla Beana zabawna... i co prawda trochę krępująca. To chłopak powinien robić dziewczynie takie niespodzianki, a nie na odwrót. Cóż... czuł, że dziewczyna jeszcze nie raz go zaskoczy.
        Po kilkunastu minutach Jean zatrzymała się.
        Bean poczuł w nozdrzach zapach jodu, zapach morza. W tej samej chwili dziewczyna odkryła mu oczy.
        Chłopak miał przed sobą widok, którego jeszcze nigdy wcześniej nie widział. Wielka, piaszczysta plaża z wydmami, a za nią ogromne, błękitne morze, którego kresu nie było widać. Woda iskrzyła się, w blasku gwiazd i księżyca.
        - Przepięknie, prawda? - spytała Janet z uśmiechem.
        - Tak, masz rację - odparł odwzajemniając uśmiech.
       Dziewczyna przysiadła na jednej z wydm i objęła kolana rękoma. Patrzyła wprost przed siebie, na rozciągające się morze.
        - Wiesz, Bean - podjęła rozmowę - Czasami dobrze  odpocząć od tego wszystkiego. Ciągłe walki, nauki i te wszystkie sekrety... nieraz trzeba od tego wszystkiego się odciąć, choć na chwilę zapomnieć i się zrelaksować.
        - Dlatego pokazałaś mi to miejsce?
        - Tak, chyba tak - powiedziała uśmiechając się do niego. - Nie chcę, żebyś zapomniał o całym otaczającym się świecie i poddał się tylko zemście... - w jej głosie było słychać lekki smutek.
        - Rozumiem. Obiecuję, że nie zapanuje nade mną żądza zemsty - powiedział spokojnie, ale stanowczo.
        Zapanowała kilkuminotowa cisza, którą zakłócał jedynie szum fal i trzepot skrzydeł mew.
        - Janet... Mogę cię o coś zapytać?
        - Jasne.
        - Co... - zrobił nagłą przerwę, jakby chciał zrezygnować, ale kontynuuował - Co wydarzyło się dzisiaj, w piwnicy?
        - Co masz na myśli?
        - Co robiłaś tam? - uściślił pytanie.
        Janet westchnęła cicho. - Odpprawiałam rytuał. Musiałam umocnić bariery obronne akademii. Gdyby ktoś nieproszony chciał wtargnąć.
       Bean był trochę zawiedziony jej odpowiedzią. Sądził, że wydarzyło się tam coś więcej, ale nie zamierzał naciskać na Janet. Nie miał zamiaru jej do niczego zmuszać, za bardzo cenił sobie stosunki między nimi. I dopiero teraz to sobie uświadomił.
        - Pokażę ci coś - powiedziała nagle i przykucnęła przy długim, dużym kwiecie o fioletowym kielichu i dotknęła delikatnie jego płatków. - Asino, cereno, opatium. - szepnęła i nagle płatki rośliny zapłonęły żywym ogniem, jednak nie spaliły się. Żywioł nie czynił im żadnej szkody.
        Bean wpatrywał sie w nie oczarowany. Co prawda był bardziej zafascynowany samą istotą zaklęcia, niż pięknem kwiata, ale i tak było to dla niego wspaniałym widokiem.
        Otworzył usta chcąc skomentować, ale Janet mu przerwała - To jeszcze nie wszystko.
        Zamknęła oczy. - Sereni idee - wyszeptała znów.
        Ogień ogarniający kielich zamienił się w jednej sekundzie w proch i opadł na płatki w postaci drobnych kryształków lodu.
       - Niesamowite - powiedział zdumiony, wpatrując się w maleńkie drobiny - Mogłabyś... mnie nauczyć jakiś zaklęć?
        Janet zamyśliła się. Nie za bardzo podobał jej się ten pomysł głównie dlatego, że nie posiada pozwolenia na nauczanie innych katedów magii. Z drugiej strony rozkaz mistrza Melforhta mówił, że ma informować go o niepokojących zachowaniach... jak może pilnować Beana, skoro nawet nie wie na ile go obecnie stać?
        - Zapewne wiesz, że zaklęcia wymagają użycia energii z określonego źródła życia - podjęła się tematu.
        Chłopak skinął głową.
        - Dobrze. Może to się wydawać dla ciebie żmudne i niepotrzebne gadanie, ale powienieneś mnie wysłuchać uważnie. Musisz skupić swoją energię na jednym punkcie - w tym przypadku są to płatki kwiata. Na początku spróbuj zamknąć oczy i wyczuć energię istot dookoła ciebie.
        Bean spojrzał na dziewczynę ze zdziwieniem.
        - Jak mam to niby zrobić?
        - Rany, rany. Nie miałeś jeszcz lekcji o wyczuwaniu energii?
        - Prawdę mówiąc... - podrapał się po głowe - Może i miałem. Trochę trudno się skupić na wykładzie, kiedy masz świadomość, że za chwilę czekają cię bardziej emocjonujące, praktyczne zajęcia.
        Janet odpuściła sobie skarcenie go i wyłożenie wykładu o odpowiedzialności. Wiedziała, że kto jak kto, ale ten chłopak nie oleje sobie wszystkiego. Nie jest w akademii bez powodu i z nudów.
        - W takim razie - ciągnęła dalej - Zamknij oczy. Ważne jest, aby się wyciszyć. Twojemu przepływowi energii nie może przeszkadzać żadna zbędna myśl, rozumiesz? Twój umysł musi być czysty. Jeśli zrobisz wszystko odpowiednio, wyczujesz jednostki energii...jednostki życia - przerwała instrukcje, aby pozwolił chłopakowi wykonać polecenia.
        Próbował się skuć. Zacisnął mocno pięści, coraz bardziej zdeterminowany, ale jednocześnie i poirytowany. Wokół była tylko ciemność.
        Krzyknął pochwili bezradnie, otwierając oczy.
        - Kompletnie nic nie czuję!
        - Uspokój się. Nie myśl o tym, aby od razu wszystko skończyć. Wczuj się w ciszę. Wsłuchaj się, w ciche głosy istnień. Dopuść je do siebie.
        Bean odetchnął głęboko i spokojnie, ponownie zamknął oczy. Tym razem próbował wyczuć więcej niż ciemność, poszerzyć horyzonty. Błędził tak w ciemnościach przez kilka miut, próbując wykorzystać wszystkie swoje zmysły. Po chwili w jego umyśle, w tej nieprzeniknionej ciemności zauważył nikłe, błękitne światełko. Biło od niego przyjemne ciepło, ono samo ogarniało błogim spokojem. Chłopakowi wydawało sę, że słyszy jakby cichy, piskliwy głosik, który przemawia owy płomyk. Po chwili jednak pojawiło się ich więcej. Dziesiątki, setki płomieni migotały w jego umyśle. Każde były innej wielkości, wydawały z siebie zróżnicowane dźwięki i melodie.
        Nie wytrzymał nadmiaru tego wszystkiego. Głosy przyprawiały go o ból głowy, a początkowe przyjemne ciepło przerodziło się w palący żar.
        Otworzył gwałtownie oczy, oddychając głośno.
        - To... to za dużo - wydyszał masując swoje skronie.
        Janet położyła dłoń na jego ramieniu.
        - Początki zawsze są trudne. Musisz po prostu nauczyć się odróżniać każde, z tych jednostek życia. Nie możesz pozwolić, żeby cię otumaniły i przejęły kontrolę. Nie pozwól, żeby ich głosy zamieniły się w jeden krzyk. Każde z nich jest inne i każde żyje. Im większy jest płomień, tym większa energia życiowa. - wyjaśniła - No, spróbuj jeszcze raz. Kiedy będziesz miał kontrolę wypowiedz: „Reto utanim losetro ture“, dotykając płatków. To zaklęcie zamieni je w kryształ.
        Chłopak policzył w myślach do dziesięciu, próbując przyswoić sobie każde słowo i przymknął powieki. Postarał się nie bać. Poprzednia próba przerosła go, ale próbował przejąć kontrolę.
        Kilka płomyków zajaśniło się na raz. Za nimi pojawiły się kolejne i kolejne. Przez chwilę się zlewały, ale chłopak wyodrębnił każde z nich, starał się zrozumieć odmienną energię życiową każdego źdźbła trawy, kwiata, zwierzęcia itp. Teraz widział każdego z nich wyraźnie, odróżniał poszczególne pokłady energii. Kiedy uznał, że jest gotowy, wyciągnął dłoń ku płatkom kwiata.
        Targały nim różne emocje. Głównie podeksyctowanie i niecierpliwość. Górę przejęła chęć wykonania zadania.
        - Reto utanim losetro ture - wypowiedział formułę.
        Janet obserwowała kwiata, ale gdy ten zapłonął purpurowym płomieniem i natychmiastowo obumarł, wystraszyła się. Momentalnie zobaczyła, jak cała roślinność wokół Beana więdnie i kruszy się. Umiera. Chciała go powstrzymać, chciała powiedzieć, żeby natychmiast przestał, ale ona sama czuła jak zaczynają ją opuszczać siły.
        A on nawet nie był świadomy tego, co robi.
        Po chwili jednak morderczy krąg przestał się rozprzestrzeniać, a jego końce zajaśniły złotym promieniem. Potem jakby wsiąkły w ziemię.
        Janet patrzyła na wszystko z przerażeniem.
        Co się stało? Dlaczego to się skończyło?
        Czyżby... jego energia życiowa została wyczerpana?
        Spojrzała w kierunku Beana. Zył. Również patrzył na obumarły teren z przerażeniem, nie miał pojęcia co się stało.
        Co on zrobił?...
        Nie mógł wydusić z siebie ani jednego słowa.
        Usłyszeli za sobą kroki i momentalnie się odwrócili.
        Szczupła, ciemna sylwetka podążała w ich stronę. Grube, ciężkie czarne buty deptały bezlitośnie piasek pod sobą, a długie ciemne włosy i mundur kadeta błyszczały w blasku nocy.
        - Hope - szepnęła cicho Janet, jakby sama do siebie. Przez chwilę zastanawiała się, co ona tu robi, dopiero później zrozumiała. To ona przerwała zaklęcie.
        - Przez ciebie utworzył pieczęć - powiedziała cicho Hope, która była coraz bliżej dziewczyny.
        Uderzyła z całej siły Janet w policzek. Rozległ się głośny plask, a potem nastała złowroga cisza. Różowłosa zamarła w bezruchu. Kosmyki jej włosów opadały na twarz, policzek zaczerwienił się i zaczął okropnie piec. Ledwo dotarło do niej, co się właśnie stało.
        Z osłupienia wyrwał ją donośny krzyk Hope.
        - Oszalałaś?! Co ci strzeliło do głowy, żeby uczyć go zaklęć?! Czy ty masz w ogóle pojęcie, że ma w sobie czarną magię?! Wiesz, że jej używanie jest zakazane poza terenem akademii!
        Tym razem to Bean poczuł, jakby otrzymał policzek. Czarnej magii?
        Janet była równie zdziwiona co chłopak.
        - Nie miałam zamiaru... nie wiedziałam, że... - próbowała się tłumaczyć, ale jej usta nie potrafiły utworzyć żadnego sensownego zdania.
        - Zamilcz - warknęła - Nie mam zamiaru słuchać żadnych twoich żałosnych tłumaczeń! - wskazała palcem osłupiałego Beana - Mógł uśmiercić pół miasta!
        Chłopak otrzymał kolejny cios. Jego wzrok skierował się na zwiędły teren.
        On... on to zrobił?
        Nie chciał wierzyć. A jednak... a jednak podczas zaklęcia czuł, że coś jest nie tak. Czuł, że otaczające go ogniki znikają, stają się chłodne, a ich wewnętrzne głowy milkną. Ale dlaczego nie potrafił tego powstrzymać?
        Hope obrzuciła kadetów wściekłym spojrzeniem. Nie miała ochoty dłużej uświadamiać im, jaką głupotę popełnili.
        - Wracajcie do akademii - rozkazała - Później o tym porozmawiamy - powiedziała chłodno, a potem odwróciła się i żołnierskim krokiem powędrowała do akademii razem z resztą.
        Kadeci szli za nią, wymieniając między sobą spojrzenia. Jednak żadne z nich nie miało odwagi się odezwać. W przygnębiającej ciszy i napiętej atmosferze rozeszli się do swoich pokoi.

        Bean odnalazł swoją kwaterę dzięki numerowi na rozpisce, który wcześniej wskazała mu Janet.
        Wszedł do niego nie zapalając nawet światła. Wyciągnął z zamka klucze i rzucił je na komodę, a drzwi zamknął na spust.
        Wciąż był oszołomiony. Wciąż próbował zrozumieć, co się dokładnie stało.
        Mechanicznym krokiem wszedł do sypialni, położył swój miecz przy szafce nocnej i rzucił się na łóżko.
        Nie mógł zasnąć. Wpatrywał się pustym wzrokiem w sufit. Było mu niedobrze, ze wstrętu do samego siebie. W głowie tkwił mu moment, w którym czuł jak w jednej sekundzie odbiera życie żywym istotom. Co gorsza, mógł zrobić nawet krzywdę Janet.
        „Każde z nich jest inne...“
        „Każde żyje...“


***
Hm, w sumie nie wiem od czego zacząć. Jestem świadoma tego, że wielu z was( może nawet wszyscy ) zapomnieli o tym blogu i przestali na niego wchodzić. Za długo nie wstawiałam tu żadnych postów, wiem, wiem. Ale mniejsza o to. Jeśli ktoś przeczytał to, niech da mi znać co sądzi :)

Przy okazji polecam z własnej inicjatywy bloga - http://paranormal-heart.blogspot.com/ . Bardzo fajnie się zapowiada, warto zajrzeć.
*Do rubryki postaci po prawej stronie, doszła kolejna osoba.

7 komentarzy:

  1. ja przeczytałam!!!! it`s good!!! xdd
    asie ty mój ;***

    siuda ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. No, czegoś ambitnego na pewno tutaj nie pozostawię, bo jestem nieco oszołomiona dziś i zdenerwowana xD
    Cieszę się, że wróciłaś do pisania, ale chyba za szybko się do tego zabrałaś. W kilku miejscach zgubiłaś literki, a w innych dałaś o jedną za dużo. Znalazłam też niepotrzebne przecinki w kilku miejscach,a ogólnie zamysł na to wszystko bardzo mi się podoba.
    Informuj mnie ;3

    OdpowiedzUsuń
  3. Ojej dzięki że wreszcie napisałaś! DODAWAJ NOWE ROZDZIAŁY :) Przy okazji jak zrobiłaś że poprawej stronie są te postacie? Proszę odpowiedz!

    OdpowiedzUsuń
  4. Siemanko! :) No więc zacznę od tego, że tych rozdziałów masz naprawdę dużo i nie jestem chyba na siłach ich dzisiaj nadrobić, lecz postanowiłam przeczytać Twój ostatni rozdział i przyznam, że naprawdę jestem pod wrażeniem. Zachęcił mnie do czytania tych poprzednich rozdziałów. Są pewne literówki, ale one nawet zdarzają się najlepszym, prawda? Podoba mi się wystrój bloga. Szablon jest świetny *o* Ogólnie poprawiłaś mi humor, bo dawno nie czytałam jakiegoś dobrego opowiadania, a natrafiając na Twoje w końcu mam coś świetnego do czytania. Poza tym w końcu znalazłam piosenkę, której szukałam przed tydzień, haha. Ale mniejsza o to. Pozdrawiam ;*
    http://you-and-me-equals-we.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapraszam na drugi rozdział: http://you-and-me-equals-we.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Różyczko , talent jak nikt inny ;***

    OdpowiedzUsuń
  7. Maleńka, pamiętasz mnie?! Naośka, ta co ten wredny komentarz wyżej postawiła :D Taka czepialska zołza, ale i tak Cię kochałam zawsze <3
    Jak dostaniesz powiadomienie o tym komciu, to mam uprzejmość zaprosić Cię na mojego nowego bloga, o ile chciałoby Ci się w ogóle czytać to coś :D
    http://further-life.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

~Słowniczek~

Detron - jest to demon wykraczający poza rangę. Jako posłaniec szatana ma obowiązek mu służyć i przekazywać informacje. Jego zadaniem jest również powierzanie misji demonom. Posiada moc wszelkich żywiołów i wglądu w przyszłość.

A - demonom tej rangi są powierzane jedne z najważniejszych misji. Ich główne moce i umiejętności to: panowanie nad ogniem, burzą i wgląd w ludzkie dusze (tą praktykują rzadko, gdyż jeśli nie opanują tej umiejętności w stu procentach, to nie tylko ofiara może oszaleć, ale i demon).

B - demony tej rangi są zdeterminowane, aby przejść na wyższy szczebel, przez co czasami popełniają błędy. Ich misje są ważne, dlatego nie mogą ich lekceważyć. Główne umiejętności jakie posiadają to: wzniecanie ognia (jednak na niedużych obszarach) i średnie panowanie nad nim, oraz bardzo wyczulony słuch. Demony te mogą z wyglądu przypominać wampiry, ze względu na swoją bladą karnacje i kły.

C - misje tych demonów są niewiele znaczące, ich główne umiejętności to ciskanie kulami ognia i tropienie dużych zgromadzeń energii.

D - demony tej rangi są często nazywane "demonami cienia", gdyż ich misje to w większej części zabijanie ludzi w "cichy" sposób. Ich główna umiejętność to obezwładnianie człowieka strachem.

Misterie - są to obłąkane dusze, błąkające się po podziemiu, inaczej mówiąc duchy i zjawy. Często wydostają się na świat zewnętrzy.

Szatan - władca świata podziemi. Prócz detrona nikt nie zna jego "kryjówki", rzadko demony mają zaszczyt stanąć przed nim osobiście.

Limechy - są to demony żyjące własnym życiem, nie wykonujące żadnych misji. Zakładają rodziny, niektóre na własną rękę uczą się wyzwolić moc. Czasami między nimi można znaleźć kogoś, kto szkolił się na demona rangi, lecz zrezygnował.

Postać hybrydy - każda z hybryd ma trzy postacie. Pierwszą - człowieczą, drugą - człowieczą, posiadającą elementy zwierzęcia oraz trzecią - całkowicie zwierzęcą (postać zwierzęca jest zależna od klanu. np. postać całkowita hybrydy klanu kruka będzie olbrzymim, czarnym krukiem).

Klan hybrydy - nazwa klanu jest zależna od ostatecznej postaci hybrydy (patrz: Postać hybrydy). Hybrydy danej postaci są jak wielka rodzina, która chroni siebie nawzajem przedłużając istnienie klanu.

Postać demona - podobnie jak u hybryd, demony mają również trzy postacie. Pierwsza jest taka sama jak u hybryd, czyli człowiecza, druga - również człowiecza posiadająca elementy demona (np. rogi, kły, pazury, ogon itp.) oraz trzecia - całkowicie demoniczna.

Starszyzna - sześciu członków legendarnej rady. Do nich należy podejmowanie większości decyzji. Stworzyli pieczęć, która kontroluje i więzi w pewnej części moc detrona.